muzycznie.

muzyczne obsesje przychodzą falami. usłyszana w radio piosenka nie chce wyjść z głowy, a ty nie możesz jej znaleźć, bo nie wyłapałaś angielskiego tekstu. w końcu, znajdujesz. i słuchasz, słuchasz, słuchasz.

teraz nadeszła muzyczna obsesja na:

to
a także i:
to

(na podstawie przeprowadzonej ankiety i rozmów, stwierdzam iż środy powinny zmienić nazwę na ‘czarne środy’. absolutnie nikt ich nie lubi. ja też. jutro (dziś…) rozpoczynam z nadzieją odnalezienia zagubionych oraz przeżycia.)

I must become a lion hearted girl, ready for a fight

sobota czasem rozjaśnia.

wstać koło południa. niespiesznie wygrzebać się z ciepłego łóżka, zejść po trzeszczących schodach. ubrać niebieski fartuszek w białe pasy (lub niebieski, w białe – jak kto woli). upiec ciasto. rozpuszczać czekoladę w kąpieli parowej, wymieszać ją z resztą składników. czując zapach wanilii (no dobrze – waniliny), wyjeść resztę półpłynnej czekolady z miski. potem, oblizywać palec za każdym razem, gdy nakłada się odrobinkę masła orzechowego na błyszczącą, kakaową powierzchnię. (ma taki pyszny słodko-słony smak….) potem, zmartwić się, że znów nie wyszło idealne, za suche. ale dobrze wiedzieć, że i zostanie zjedzone. rozczesywać wilgotne włosy pachnące fioletem. planować spacer, na który pewnie się nie pójdzie. układać papiery (jak zwykle). jeść obiad (obiado-śniadanie?).

codzienne czynności dające wewnętrzny spokój.

lubię takie soboty.

spostrzeżenia.

tradycja rzecz święta.

(jakby ktoś nie wiedział.)

 

 

 

 

 

(a tak w ogóle to któregoś dnia umrę tu ze śmiechu :))

deszcz.

przez uchylone okno wpływa do pokoju jesienny, zaokienny chłód. i jak nakazują prawa fizyki, spływa na podłogę i omiata moje stopy (w które zawsze najchłodniej). zza okna słychać też, jak krople deszczu rozbijają się o parapet, dach, o ziemię. bo jesiennie pada. deszcz, deszcz, deszcz.

i kiedy tak siedzę przy moim nowym (przeznaczonym wyłącznie do nauki) biurku, zerkam za okno, czasem słucham deszczu, a czasem marcina, którego głos dochodzi gdzieś z komputera, to przychodzą różne refleksje. co ciekawe, refleksje te są wspierane analizą wariancji i dylematem, jaki test wybrać (t, a może jednak C?). jako, że marcinowe utwory, melorecytacje (bo on nie śpiewa przecież) są bardzo w moim nastroju, i bardzo jesienne (szczególnie ta, w której mówi o deszczu, deszczu, deszczu), to refleksja przychodzi jedna.

i, oczywiście jest to trywialna refleksja.

tak bardzo chciałabym, by kiedyś odwiedził mnie podmiot liryczny tego jednego wiersza. bardzo, bardzo marzę, by stać się adresatką tych słów. ale nikt, absolutnie nikt nie chcę przyjść ich wypowiedzieć. nikt.

(a otworzę kiedy zapukasz.)

kiedyś było inaczej. kiedyś było lepiej?

uczę się.

uczę się życia. uczę się czekać. uczę się być cierpliwa.

i wtedy sekundy, ułamki sekund zmieniają życie osób, które znam. głęboko wierzę, że wszystko się ułoży. że potrzeba czasu, mniej, może więcej, ale że się ułoży. nie chcę myśleć, że może być inaczej. daję z siebie tyle, ile możesz.

czasem czuję się niesprawiedliwie oceniona. boli mnie, że ktoś może tak a nie inaczej pomyśleć. płaczę. martwię się. denerwuję i złoszczę. i zapieram się w sobie. twierdzę, że już nigdy przenigdy, dopóki nie usłyszę przeprosin, się nie odezwę. przeprosin nie ma. ale jest coś, co pewnie jest nawet od przeprosin lepsze. czuję się w pewien sposób wartościowa. cieszę się, że rzeczy wracają do normy.

staram się poskładać wszystkie klocki w sensowną całość. wciąż jestem na etapie dopasowywania ich do siebie. trzymają się czasem lepiej, czasem gorzej.

najłatwiej by było, gdybyś przyszedł z herbatą i nie pytał o nic. pogłaskał po głowie. potrzebuję jakiegoś wewnętrznego ciepła.

słowami poety.

i wszystko we mnie wrzeszczy.

klik

poezję od zawsze czytam nie-głową. ważne, co ja rozumiem i co czuję gdy czytam (słucham). po to jest poezja. dziś wyjątkowo czuję, że “deszcz,deszcz,deszcz”.

rozterki konieczne.

wszyscy Oni patrzą na mnie złym wzrokiem z półki. szepczą, że mogłabym się nimi zająć. przeczytać. zrozumieć.

z komputera też wydobywa się cichy szmer w obcym języku. to chyba coś w stylu: powinnaś nas przejrzeć, obiecałaś.

rozmawiam z książkami i słyszę, jak do mnie mówią. jest źle.

(to wszystko ma wyrazić dość krótki komunikat: jestem leniem i nie czytam tego, co trzeba. obijam się i lenię. bu.)

tęsknię, choć wiem, że nie powinnam. bierność trudna jest okropnie. i mam mentalnie rozsznurowane buty, o które wciąż się potykam.

z rozmyslań.

jest kwadrans po pierwszej. maluję paznokcie. i zerkam na cukierki, które przypominają małe witraże. i myślę, że można by je oglądać pod słońce. były by takie piękne. (ale słońce nie raczy zaświecić.)

przychodzą obsesje, obsesyjki. mniejsze, większe. całkiem ogromne.

ja wciąż maluję paznokcie. a chciałabym wiele innych rzeczy pomalować.

wiedzieć czego chcę. chciałabym wiedzieć, czego chce on i tamten też. czy którekolwiek z naszych pragnień znajdują jakiś punkt przecięcia. rzucając się w wir rzeczywistości (która wciąż i wciąż chce wygrywać) staram się ułożyć wszystko. chciałabym wreszcie przestać tulić się do (wewnątrz), bronić się przed, walczyć z i gryźć tą (paskudną rzeczywistość). to wszystko to tylko dwuargumentowe predykaty. można je zanegować. zmienić znaczenie i interpretacje. (dlaczego TU nie jest tak łatwo jak TAM?).

Wolałabym wyrażać swoje życie innymi predykatami.
kochać (zawsze kogoś), ufać (także sobie). (na razie neguję oba.)

mamy ponoć prawa. obowiązki. są rzeczy konieczne i możliwe. ale mam wrażenie, że przede wszystkim istnieją te nie-możliwe.

31.

jejku, jak marzę o polskiej złotej jesieni. niestety, takowa jest raczej bytem widywanym rzadko (jak Yeti albo potwór z Loch Ness), a jak już ktoś ją widział, to wyzywają go od obłąkanych.

więc zamiast niej mamy lodowaty wiatr, zimny deszcz i 5 stopni Pana Celsjusza. liście kolorowe są piękne tylko wtedy, gdy siedzisz w ogrzewanej sali wykładowej z wielkimi oknami. w przeciwnym razie, kiedy chcesz je pooglądać bardziej na żywo całą radość zabiera ci myśl: “cholera, zaraz zamarznę”. takowięc, ograniczam wyjścia z domu do minimum, zakopuję się w kołdrę, piję gorąca herbatę i zajadam się kaszką manną, co poprawia krótkotrwale nastrój.

choć jesień, październik, względnie wczesny listopad (termin ukuły AMZ oraz MK), jest też czasem doznań intelektualnych oraz tych mniej. zaskakują cię przesympatyczni profesorowie matematycy, którzy w przerwie między zajęciami proponują kawę, bo “przecież przerwa też musi mieć jakiś cel”, względnie wiesz, że bardzo zajęte dni to ‘dni biegania z pustą taczką’. (opowiastkę daruję, jak ktoś chce, niech się odezwie).

staram się być mądra, robić mądre rzeczy. biegam na ileś dodatkowych wykładów, próbując wmówić sobie, że to pomaga. załatwiam jakieś indywidualne toki, a potem zastanawiam się czy naprawdę się nadaję. i obiecuję, że zacznę robić coś dla siebie. malować. rysować. robić na drutach. wysypiać się. cokolwiek.

jest zimno. tak wewnętrznie. przyjdź i przytul, pogłaszcz po głowie i powiedz, że zostaniesz. że zrobisz herbatę i przyniesiesz ciastka. nie musisz nic obiecywać. nie musisz się bać, że złapię i nie puszczę. po prostu bądź blisko.

30.

z uporem maniaka przeglądam zakładki przeglądarki internetowej, z nadzieją że znajdę tam coś nowego. (choć dobrze wiem, że sama nic nowego nie włożyłam)

z uporem maniaka robię dobrą minę do złej gry. (w tej dyscyplinie jestem mistrzem)

z uporem maniaka stresuje się. (bzdurami, większymi, mniejszymi)

z uporem maniaka piszę mejle do wykładowców (otrzymując miłe, bardzo miłe, mniej miłe odpowiedzi)

z uporem maniaka wmawiam sobie, że wszystko będzie dobrze; że się ułoży; że trzeba poczekać i dać żyć. (w końcu wszystko potrzebuje czasu i przestrzeni.)

z uporem maniaka obiecuje sobie, że będę lepsza, milsza, cierpliwsza, bardziej wyrozumiała. (wychodzi, a jakże.)

z uporem maniaka płaczę w poduszkę z byle powodu, by za chwilę skakać z radości. (to się chyba nazywa osobowość polarna?)

żyję nadzieją, że nie popsułam. że będzie dobrze. że wszystko się ułoży. będzie przecież dobrze (albo niedobrze). zwolnij, zwolnij, daj sobie czas na wszystko. nie płacz. cii….

« Starsze wpisy