sizonal afektif dyzorder

słuchanie justina biebera jest równie idiotyczne, co zauroczenia w nieodpowiednich facetach (chłopakach, mmężczyznach, łotewer). robię jedno i drugie. wpadam w jesienne deprechy, zaczynam studia. w tym roku podwójnie. zaczynania drugich studiów też jest chyba idiotyczne. tym bardziej, przejmowanie się tym, że ich nie skończę, skoro nie miałam nawet takiego zamiaru dostając się na nie. siła mojego tępego poczucia obowiązku jest przytłaczająca. jestem ofiarą lepszej wersji samej siebie po raz kolejny.

Ewrybady lowe fejsbuk.

to, że fejsbuk jest najlepszym psychoterapeutą wiemy nie od dziś. by uczcić czwartkowe popołudnie postanowiłam się dowiedzieć pewnych ważnych rzeczy o sobie samej i moim życiu:

1. „czego pragniesz w tej chwili najbardziej?” – „przytulić się do niego, gdy nie ma go obok” (miś pluszowy zawsze przy mnie, więc nie wiem o co chodzi)
2. jak się okazuje, moją największą wadą są brzydkie buty. A ja zawsze się staram!
3. pytanie o to, kto marzy o mnie namiętnie nocami fejsbuk skwitował: „naiwnie myślisz, że ktoś w ogóle o tobie marzy?” zawsze ceniłam go za dawkę realizmu. lepszy niż najlepszy przyjaciel!
4. test „Z kim Ci dobrze” podpowiedział enigmatycznie, że z Kubą. Pewnie rozpruwaczem.
5. kolejna dawka zdrowego realizmu: dziś, jutro będzie źle (na pytanie: ile jeszcze można znieść?)
6. dowiedziałam się też, że 100% we mnie lesbijki (test: „ile w tobie lesbijki”) a test „z kim będziesz się całować” powiedział, że z Martą. Wszystko trzyma się kupy (i nie jest to kupa słonia)! Imię żony: Sonia
7. jeżeli chodzi o mężczyzn to gustuję w lalusiach w stylu zaca efrona, z dużą kasą (są zniewieściali = bliżej im do kobiet = w końcu jestem lesbijką)
8. co do wyglądu zewnętrznego, fejsbukowa waga zmartwiła mnie bardzo – ważę 100kg! no i wreszcie mam cytat na tatuaż (zrobię go na czole): Kiedy dochodzimy do wprawy, nie musimy zastanawiać się więcej nad każdym ruchem, bo staje się on jakby częścią nas. Jednak zanim osiągniemy ten stan, musimy ciągle ćwiczyć i powtarzać. naprawdę piękne.

poza kompulsywnym rozwiązywaniem testów na fejsbuku, wszystko u mnie dobrze. może poza faktem, że po raz kolejny człowiek z Y zamiast X zrobił ze mnie idiotkę (spokój w takich chwilach jest kwestią przyzwyczajenia). ale wakacje są nadzwyczaj udane, co przynajmniej częściowo rekompensuje straty. no to cześć!
8. Tomasz Jacyków stwierdza, że jestem bardzo nie hot :(

jestem ofiarą samej siebie.

jestem ofiarą samej siebie. ofiarą niepełnego efektu rosenthala, który kończy się i zaczyna u mnie na oczekiwaniach eksperymentatora. choć, może właściwie nie jestem ofiarą. pokazuję, że on wcale nie działa. można mieć oczekiwania wobec mnie, można uznawać za lepszą, zdolniejszą. to nic nie zmienia. nadal jestem, jaka byłam.
jedyna poprawa jaką można zaobserwować, to lepsze maskowanie własnej głupoty. szersze uśmiechy i lepsze potakiwanie (gdy coraz bardziej nie wie się o czym mowa).

obraz mnie, który mają inni, wpędza prawdziwą mnie w kompleksy. wcale nie motywuje do pogoni za ideałem. raczej mówi: i tak nigdy nie będziesz dość dobra.

sny przerażają, budzą nad ranem. śnią mi się rzeczy, których się boję. których nie chce. a tego, który mógłby je przegonić wciąż nie ma. choć zdaje się stać za cienką folią, tak cienką, że czuć oddech. to żadne z nas nie chce jej przeciąć.

„bo, przyszłam na ten świat z niczym i odejdę stąd także z niczym, nie licząc miłości. wszystko inne stanowi jedynie pożyczkę…”

siła tkwi

w żółtym swetrze i legginsach w panterkę.

przyszedł czas.

siedzę sobie w moim pokoju, jak co wieczór. myślę o życiu, jak co wieczór.

przez miesiąc zdołałam zakończyć sesję, zacząć nowy semestr zajęć, zostać starostą (przepraszam, ale forma starościna kojarzy mi się ze starą trzciną…) i kupić 5 par kolczyków.

coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że nie mogłabym żyć bez ludzi. że ludzie są potrzebni mi jak tlen. rozmowy, śmiechy, plotki. uśmiechy. i, że choć czasem zawijam się w mój koc-niewidkę, to tak naprawdę przychodzi moment, że muszę spod niego wyjść.

zadaję pytania, które budzą śmiech, zdziwienie. zadaje mi się pytania, które budzą strach. a w zasadzie to nie pytania. to stwierdzenia. i zawsze będzie mnie dziwić, że prawie obcy ludzie dobrze wiedzą co powiem. podejmowania dorosłych decyzji jest trudne. czy niemożliwe? czy warte próby? nie wiem.

bo co zrobić, gdy z jednej strony bardzo się o czymś marzy, a z drugiej wierzy się, że to przerasta możliwości na każdej płaszczyźnie.

boję się obrazu mnie, jaki mają inni ludzie. wydaje mi się on o wiele lepszy od tego, czym naprawdę jestem. tak bardzo chcę mu dorównać, że nie wiem czy to mnie kiedyś nie przerośnie. a nie można powiedzieć wprost: nie dam rady.

(postanowiłam się uzależnić od brania udziału w eksperymentach. i zamieszkam w naszym magicznym neurokognitywistycznym laboratorium.)

sjesja.

nauczę się mówić „nie”.

źleźleźle.

czując głęboką potrzebę pisania, kiedy zaczyna się pisać i nie wie się co, odczuwa się permanentną frustracje.

trzecioosobowa forma ma chyba służyć czemuś. niczemuś. może zdystansowaniu. nie, raczej nie. to taka moda. wszyscy tak piszą. piszę i ja. nie jest łatwiej.

jest trudniej. obsesyjna potrzeba rozmów z ludźmi. wtedy nie myślę, nie robię, nie zastanawiam się nad tym.

nad tym, czego się boję. a boję się przeraźliwie. szukam, wciąż. czekam. nie wiem na co. bo nie chcesz, nie możesz, mówisz nie, a ja nie mówię tak. nic nie mówię. i prowadząc rozmowy o niczym (albo przesadnie czymś) chcę ci powiedzieć, to co zawsze. tego czego nie umiem. a ty nie widzisz. wciąż, w ogóle, bo nie chcesz.

nie mogę ponazywać relacji w swoim życiu, wszystko traci swoją funkcję.

(poza tym jestem chora i biorę leki. i zbliża się sesja, a ja znowu nic nie wiem i nic nie umiem. znowu wszystko odłożone na potem, kiedyś. źleźleźle.)

niby…

wiedziałam, że grudzień, kalendarzowa zima, święta za pasem. mimo wszystko, widok śniegu za oknem bardzo mnie zaskoczył.

a popsucie dwóch samochodów ma swoje, niewielkie, bo niewielkie, ale plusy. więcej spaceruję po świeżym powietrzu i jakoś nastrój lepszy.

studia moje są fajne, szczególnie jak można wziąć udział w czymś, co nie jest tylko wykładem/konwersatoriami/ćwiczeniami. no, bo tak generalnie to koła naukowe są fajne (oraz umiejętność obsługi LaTeXa jest jeszcze fajniejsza).

(wciąż wierzę, bardzo mocno, że istnieje alternatywny świat, w którym wykładowcy są poważnymi ludźmi. taka świadomość jest kojąca, mimo, że pewnie nie mam do tego świata dostępu ;) )

bo…

zawsze, kiedy z tobą rozmawiam, to mam ochotę rzucić ci się na szyję i powiedzieć wszystko.

i wiem, że nigdy tego nie zrobię.

muzycznie.

muzyczne obsesje przychodzą falami. usłyszana w radio piosenka nie chce wyjść z głowy, a ty nie możesz jej znaleźć, bo nie wyłapałaś angielskiego tekstu. w końcu, znajdujesz. i słuchasz, słuchasz, słuchasz.

teraz nadeszła muzyczna obsesja na:

to
a także i:
to

(na podstawie przeprowadzonej ankiety i rozmów, stwierdzam iż środy powinny zmienić nazwę na ‘czarne środy’. absolutnie nikt ich nie lubi. ja też. jutro (dziś…) rozpoczynam z nadzieją odnalezienia zagubionych oraz przeżycia.)

I must become a lion hearted girl, ready for a fight

« Starsze wpisy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.