siedzę sobie w moim pokoju, jak co wieczór. myślę o życiu, jak co wieczór.
przez miesiąc zdołałam zakończyć sesję, zacząć nowy semestr zajęć, zostać starostą (przepraszam, ale forma starościna kojarzy mi się ze starą trzciną…) i kupić 5 par kolczyków.
coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że nie mogłabym żyć bez ludzi. że ludzie są potrzebni mi jak tlen. rozmowy, śmiechy, plotki. uśmiechy. i, że choć czasem zawijam się w mój koc-niewidkę, to tak naprawdę przychodzi moment, że muszę spod niego wyjść.
zadaję pytania, które budzą śmiech, zdziwienie. zadaje mi się pytania, które budzą strach. a w zasadzie to nie pytania. to stwierdzenia. i zawsze będzie mnie dziwić, że prawie obcy ludzie dobrze wiedzą co powiem. podejmowania dorosłych decyzji jest trudne. czy niemożliwe? czy warte próby? nie wiem.
bo co zrobić, gdy z jednej strony bardzo się o czymś marzy, a z drugiej wierzy się, że to przerasta możliwości na każdej płaszczyźnie.
boję się obrazu mnie, jaki mają inni ludzie. wydaje mi się on o wiele lepszy od tego, czym naprawdę jestem. tak bardzo chcę mu dorównać, że nie wiem czy to mnie kiedyś nie przerośnie. a nie można powiedzieć wprost: nie dam rady.
(postanowiłam się uzależnić od brania udziału w eksperymentach. i zamieszkam w naszym magicznym neurokognitywistycznym laboratorium.)